Aktualizacja albo instalacja – oto jest pytanie.
Zainspirowany krytyką kolegi mscislawa, zastanowiłem się chwilkę, co za piekielna siła zmusiła mnie do instalacji systemu na nowo, zamiast jak to robi podobno większość, zaktualizować pakiety. Może skłoniła mnie do tego weekendowa chandra, może jestem ginącym gatunkiem? Przerażenie w oczach pojawiło się dopiero gdy uznałem, że jestem po prostu dziwakiem.
Być może jestem odosobnionym przypadkiem i mam klasycznie złe doświadczenia. W końcu mechanizm aktualizacji danej dystrybucji zadba o wszystko – usunie zbędne pliki, zaktualizuje co potrzeba – a ja w tym czasie będę mógł poświęcając się bardziej inteligentnym zadaniom z pogranicza filozofii. Oczywiście, aktualizacja jest jak najbardziej w porządku, jednak czy zawsze i w każdym przypadku? Niestety nie.
Niezaprzeczalnym faktem jest, czy też nawet wrażeniem, że świeżo zainstalowany system działa po prostu lepiej i bardziej lekko. Oczywiście nie ma większych problemów z aktualizacją Slackware 12.0 do 13.0 a potem do 13.1. Jednak nie oszukujmy się – tak drastyczna zmiana może przyprawić o ból głowy, pociągając za sobą w praktyce aktualizację 90% paczek. Pół biedy, kiedy nie korzystamy z własnoręcznie instalowanych bądź kompilowanych programów, których najzwyczajniej w repo nie ma lub są inne – inaczej pozostałe 10% swoimi zależnościami może pociągnąć nas prosto do grobu.
Z drugiej jednak strony, po jakąś cholerę wydawane są te pełne wydania. Dlaczego nie skończyło się to na Slackware 9 – a potem niech sobie już tylko aktualizują. Wystarczy kilka banalnych przypadków, dosłownie prosto z brzegu – dostatecznie nowe glibc w praktyce pociąga za sobą konieczność ponownego linkowania wszystkiego co się w systemie rusza, a i taka zmiana może kosztować nas sporo. Mało tego może okazać się, że kolejne wydanie GCC w jakimś stopniu poprawi działanie kompilowanego programu, nawet na najzwyklejszej płaszczyźnie wydajności – a o to chyba chodzi?
Sprawa jest prawie jak w tapetowaniu ściany, można przy każdym remoncie kłaść tapetę na starą, można jeszcze raz zamalować sufit, ale i tak kiedyś czeka nas drapanie do gołego tynku.
Kolejnym powodem nowej instalacji jest możliwość konfiguracji systemu od nowa. Prawda jest taka, że nie normalnie mam czasu na eksperymentowanie z nowymi parametrami, które się właśnie pojawiły, bądź zostały usunięte – tym bardziej na maszynie produkcyjnej, którą muszę mieć zdolną do pracy często przez całe 7 dni w tygodniu. Reguła jest u mnie prosta, aczkolwiek nie upieram się, że słuszna – instaluję raz, konfiguruję raz i mam spokój na długo, poświęcając czas na inne zajęcia, jak na sprawdzanie nowego wyglądu KDE :)
Przyzwyczaiłem się więc do innego schematu : dwie bliźniacze partycje, na jednej aktualny system gotowy do pracy, na drugiej „plac” do nowej instalacji. Kiedy przyjdzie odpowiedni moment i wszystko jest OK, przepinam katalog domowy i po zawodach. Nie jestem po prostu przekonany do studenckiej wymówki – "panie profesorze, nie zrobiłem tego i tamtego – bo padł mi system".
Jedynym dla mnie plusem ciągłej aktualizacji jest zachowanie wcześniejszych ustawień systemu i w pewnym zakresie stabilności, bo przecież nie ma szansy na pełną czystość zależności między pakietami, których aktualizacja nie dotknęła.
I tak, każdy kończy kiedyś na reinstalce – czy to z powodu totalnego crasha, czy chęci pozbycia się „zamulacza”. A jakie są wasze doświadczenia?